PRZEZ PONAD 1/2 WIEKU RASISTOWSKA CHAZARO-PZPR NASYCAŁA RZAD,SEJM,WŁADZE WSZYST.SZCZEBLI RADIO PRASE UNIWERSYTETY A NAWET BISKUPSTWA ANTYPL FARBOW.PRZEBIERANCAMI DLATEGO DZIS JEST JAK JEST ...OKUPACJA PRZEBIERANCOW.. | DEMOKRACJA BEZ BOGA NASYCA SIE DEMONIZMEM STAJE S. ANTYLUDZKA ... | A DZISIAJ ...ARCYANTYPOLSCY OKUPANCI UŻYWAJĄ POLSKI JĘZYK , POLSKIE MUNDURY I POLSKIE SYMBOLE NARODOWE ,POLSKIE STRUKTURY PAŃSTWOWE ...POLSKIE OBYWATELSTWA .. | TAK DŁUGO JAK DŁUGO PRAWO NANOSZENIA KANDYDAT. NA LISTY WYBOR. MAJA WYLACZNIE OKUPANCI ..OKUPACJA TRWA .. | ..TAK DŁUGO DEMOKRACJI U NAS ZERO , TAK DŁUGO POSTENKWDOWCOW OKUPACJA TRWA... | TAK DŁUGO JAK DŁUGO PRAWO NANOSZENIA KANDYDAT. NA LISTY WYBOR. ZASTRZEŻ. JEST WYŁĄCZ. DLA TYCH 4 DZIŚ NIBY PL A WLASC... EX-judeo-PZPR-U WATAH .. | TAK DŁUGO NARÓD PL. JEST UBEZWŁASNOWOLNIONY I MA ZERO DO POWIEDZENIA W SPR. SKŁADU SEJMU A TYM SAMYM W SPRAWIE WŁASNEGO LOSU | TO WŁASNIE PROP. ORD. WYBORCZA daje mozliwosc/pozwala IM INSTALOWAC W SEJMIE ZAPRZEDANYCH OBCYM INTERESOM OBCOPLEMIENCÓW NP. CHĘTNYCH DO PODPISYWANIA LIZBON CZY INNYCH JESZCZE NIEGODZIWOSCI .. | ALBO NA PODST.PROPORC.OKUPACYJNEJ ORD.WYB.ZAINSTALOWAC SE W SEJMIE PARE SETEK BALCEROTRANSFORMATOROW ZAPRZEDANYCH OBCYM INTERESOM MOWIACYM BIEGLE PO POLSKU OBCOPLEMIENCOW | I NIBY LEGALNIE DOKONAC NAJW.W TYSIACLETNIEJ NASZEJ HISTORII LUPIESTWA. ZLODZIEJSTWA ... GIGANTYCZNEGO MAJATKU NAROD. WYPRACOWANEGO PRZEZ 40 MLN NAROD PRZEZ LAT PONAD 40.. | A TYM SAMYM DOKONANIA NA TYM CO Z POLAKOW POZOSTALO GOSPODARCZEJ ZBRODNI .. | GOSPODARCZEGO K A T Y N I A... | A W 45 TO ŻADNEGO WYZWOLENIA NIE BYŁO , ZAMIENIONO OKUPACJĘ Z GESTAPWSKIEJ NA NKWDOWSKĄ..NKWDOWCY SZYBKO PRZEBRALI S.W PL.MUNDURY UB NAUCZYLI S. POLSKIEGO I STALI SIE NIEWIDOCZNI .. PO DZIS DZIEN OBECNI W APARACIE PRZYMUSU POLICJI ,SĄDOWNICTWIE ,DYPLOMACJI ,HANDLU ZAGR.A PO BALCEROTRANSFORM.STANOWIĄ I MILIONERSKIE SFERY NADZORCOW NARODU .. | OSTATNIE UDANE PROBY HAKOWANIA NAS PRZEZ TUSKO-PLATFO-CHAZARO HAKEROW Z ZIELONA FLAGA I FRAGMENTAMI ARABSKIEGO PISMA ZNACZY ZE NAS NIE LUBIA CO SAMO W SOBIE JEST SUPERKOMPLEMENTEM ...SAM MIOD ...UUUHH ITS O.K. CHLOPAKI ...ITS O.K. | TAK DŁUGO JAK DŁUGO OBOWIĄZUJE U NAS STALINOWSK JESZCZE PROPORC.ORDYNACJA WYBORCZA .. | IDA WYBORY , PAMIETAJMY GLOS. NA TYCH CO DO SPOWIEDZI NIE CHODZA ....NA RZADZACYCH BEZ SUMIENIA | "Zbyt madrzy by zaangazowac sie w polityke sa karani rzadami glupszych" Platon "Zbyt madrzy by zaangazowac sie w polityke sa karani rzadami glupszych" Platon "Zbyt madrzy by zaangazowac sie w polityke sa karani rzadami glupszych" Platon "Zbyt madrzy by zaangazowac sie w polityke sa karani rzadami glupszych" Platon
8/22/2017 Cezarego, Marii, Zygfryda



O BEZZASADNOSCI NIGDY NIE KONCZACYCH S.ROSZCZEN ..

Kropka nad „i” czyli o bezzasadnych roszczeniach żydowskich

Posted by Marucha w dniu 2010-11-26 (piątek)

W archiwach Ministerstwa Spraw Zagranicznych po wielu latach odnaleziona została umowa zawarta między rządem PRL a rządem USA 16 lipca 1960 r. Umowa ta ukazuje dobitnie bezprawność żądań żydowskich organizacji z Ameryki, domagających się od Polski odszkodowań. Warto więc poznać jej istotną treść.

„Układ zawarty między rządem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i rządem Stanów Zjednoczonych Ameryki dotyczący roszczeń obywateli Stanów Zjednoczonych.
Rząd Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i rząd Stanów Zjednoczonych Ameryki pragnąc dokonać uregulowania roszczeń obywateli Stanów Zjednoczonych do Polski oraz pragnąc dokonać postępu w stosunkach gospodarczych między obu krajami, uzgodniły, co następuje:

Art. I
A. Rząd Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, zwany dalej Rządem Polskim, zgadza się zapłacić, a rząd Stanów Zjednoczonych przyjąć sumę 40 milionów dolarów w walucie Stanów Zjednoczonych na całkowite uregulowanie i zaspokojenie wszystkich żądań obywateli Stanów Zjednoczonych, zarówno osób fizycznych, jak prawnych, do Rządu Polskiego z tytułu nacjonalizacji i innego rodzaju przejęcia przez Polskę mienia oraz praw i interesów związanych lub odnoszących się do mienia, które miało miejsce w dniu lub przed dniem wejścia w życie niniejszego układu.
B. Zapłata przez Rząd Polski sumy 40 milionów dolarów będzie dokonana do rąk Sekretarza Stanu Stanów Zjednoczonych w 20 rocznych ratach po 2 miliony dolarów w walucie Stanów Zjednoczonych, przy czym każda rata powinna być uiszczona w dniu 10 stycznia, poczynając od dnia 10 stycznia 1961 r.

Art. II
Roszczeniami, o których mowa w art. I i które są uregulowane i zaspokojone niniejszym układem, są roszczenia obywateli Stanów Zjednoczonych z tytułu:
a) nacjonalizacji i innego rodzaju przejęcia przez Polskę mienia oraz praw i interesów związanych lub odnoszących się do mienia;
b) przejęcia własności albo utraty używania lub użytkowania mienia na podstawie polskich ustaw, dekretów lub innych zarządzeń, ograniczających lub uszczuplających prawa i interesy związane lub odnoszące się do mienia, przy czym rozumie się, że dla celów niniejszego ustępu datą przejęcia własności albo utraty używania lub użytkowania jest data, w której tego rodzaju polskie prawa, dekrety lub inne zarządzenia zostały po raz pierwszy zastosowane do mienia;
c) długów przedsiębiorstw, które zostały znacjonalizowane lub przejęte przez Polskę, i długów, które obciążały mienie znacjonalizowane i przejęte na właśność lub inaczej przejęte przez Polskę.

Art. III
Suma zapłacona Rządowi Stanów Zjednoczonych w myśl art. I niniejszego układu zostanie rozdzielona w sposób i zgodnie z metodą podziału, zastosowanymi wedle uznania Rządu Stanów Zjednoczonych.

Art. IV
Po wejściu w życie niniejszego układu Rząd Stanów Zjednoczonych nie będzie przedstawiał Rządowi Polskiemu, ani nie będzie popierał roszczeń obywateli Stanów Zjednoczonych do Rządu Polskiego, o których mowa w art. I niniejszego układu. W przypadku, gdyby takie roszczenia zostały bezpośrednio przedłożone przez obywateli Stanów Zjednoczonych Rządowi Polskiemu – Rząd Polski przekaże je Rządowi Stanów Zjednoczonych”.

Ta odnaleziona obecnie w archiwach MSZ, a nieznana przez długie lata polskiej opinii publicznej umowa indemnizacyjna między Polską a Stanami Zjednoczonymi ukazuje nie tylko bezpodstawność żądań amerykańskich organizacji żydowskich, domagających się od Polski tzw. odszkodowań.
Wskazuje także jednoznacznie na nielegalność działań tych amerykańskich urzędników, którzy angażują się w popieranie tych żądań. Warto wspomnieć, że byliśmy już świadkami, po roku 1989, takiego nielegalnego angażowania się funkcjonariuszy państwa amerykańskiego w popieranie takich roszczeń.

Treść indemnizacyjnej umowy polsko-amerykańskiej z 16 lipca 1960 r. ujawniona została w internecie przez red. Stanisława Michalkiewicza na jego stronie internetowej www.michalkiewicz.pl.

Znajomość treści tej umowy wydaje się szczególnie ważna dla rozsianej po świecie Polonii, stykającej się często z nagłaśnianymi, bezprawnymi żądaniami wpływowych amerykańskich organizacji żydowskich.

Marian Miszalski
http://www.niedziela.pl/artykul_w_niedzieli.php?doc=nd201041&nr=26

Ten wpis został dodany w 2010-11-26 (piątek) @ 17:03:21 i znajduje się w kategorii Różne. Możesz śledzić odpowiedzi do tego wpisu poprzez RSS 2.0 kanał. możesz napisz odpowiedź, lub trackback z Twojej własnej witryny.
Odpowiedzi: 4 to “Kropka nad „i” czyli o bezzasadnych roszczeniach żydowskich”

   1.
      JO powiedział/a
      2010-11-26 (piątek) @ 18:28:52

      Silniejszy zawsze ma racje a jak niej nie ma to i tak ja ma poprzez sile i silowe rozwiazania. Takim silowy rozwiazaniem jest tworzenie prawa i prowadzenie polityki atypolskiej.

      Wklejam madry tekst:

      „W chwili obecnej Prawica w Polsce nie ma żadnych szans wpłynięcia na
      losy naszego Kraju ani polityczne oblicze państwa. Nie ma na to żadnych
      szans, ponieważ sama je sobie odbiera przez swoją fundamentalnie
      błędną postawę polityczną. I trudno oczekiwać, by działo się
      inaczej, skoro nawet ci nieliczni ludzie prawdziwej Prawicy, a także osoby
      mające na nich zadatki, w większości rozmieniają się na drobne,
      marnując swój czas oraz duchowe i fizyczne siły na tak wielkie i ważne
      sprawy, jak śledzenie z uwagą i emocjami propagandowych wyścigów
      medialnych między demoliberalnymi partiami przy takich lub owakich
      wyborach, „nadążanie” za cynicznie kreowanymi w mediach
      „wydarzeniami” bieżącego życia parlamentarnego, zajmowanie
      stanowiska w międzypartyjnych pyskówkach w danym tygodniu, tworzenie
      obszernych publicystycznych egzegez do faktu, że ten lub tamten partyjny
      aparatczyk bądź lider coś tam powiedział, czy nawet – bo i to się
      zdarza – bezpośrednie, osobiste zaangażowanie w bieżącą robotę
      szeregowych struktur któregoś z konwencjonalnych ugrupowań. Stan ów
      utrzyma się dopóty, dopóki przeważająca część Prawicy będzie nadal
      tkwić w złudzeniu sensowności i ważności przejmowania się tzw.
      bieżączką polityczną – ku radości jej wrogów i beneficjentów
      systemu, jaki powinna się starać unicestwić.

      Jeśli natomiast stan ten – stan rezygnacji z samodzielności myśli i
      działania na rzecz nic nie przynoszącego uczestnictwa w medialno-ludowych
      cyrkach urządzanych przez manipulatorów dla rzesz przygłupów – ma
      ulec odmianie, prawicowcy muszą raz na zawsze zaprzestać angażowania
      się w bieżączkę. Odrzucić mniej lub bardziej świadomą wiarę, iż
      to, czym bombardują ich telewizja, radio, gazety jest w zasadzie prawdą i
      dotyczy istotnych kwestii. Nic bardziej błędnego. Patrząc przez pryzmat
      celów, jakie powinna stawiać sobie Prawica, nie ma żadnego znaczenia,
      że wybory wygra akurat ta z kartelowych partii politycznych, niczym nie
      różniąca się od pozostałych, a nie inna. Kibicowanie którejkolwiek z
      nich – podobnie jak rozemocjonowane zwalczanie jednej, a nie wszystkich
      – wystawia tylko żałosne świadectwo głupoty komuś, kto powinien
      wykazywać nieco więcej przenikliwości od masowego typu zjadacza
      medialnej papki.

      Piszący te słowa doskonale zna motywy, dla których nie w pełni
      uformowani prawicowcy mimo wszystko babrają się w bieżączce, a także
      sposoby uzasadniania i usprawiedliwiania przez nich tego niefortunnego
      wyboru. Wszystkie wprowadzają ich nieodmiennie na drogę donikąd. Wielu z
      nich popycha w bieżące bagno niecierpliwa chęć szybkiego wpłynięcia
      na rzeczywistość – wewnętrzna presja, by wreszcie „coś robić”,
      potrzeba uwolnienia się od poczucia bierności, stania z boku, gdy wokół
      rozgrywają się wydarzenia. Podjęcie jakichkolwiek skutecznych działań
      wymaga jednak wcześniej starannych studiów nad samą
      społeczno-polityczną rzeczywistością, pozwalających nauczyć się
      widzieć i rozumieć procesy, które ją tworzą, dokonać rozpoznania i
      oceny sił i podmiotów, które w niej działają – i dopiero na tej
      podstawie zacząć planować działania, jakie mogą wpłynąć na
      rzeczywistość w pożądanym kierunku. Takie przygotowanie jest żmudne,
      trwa długo – co najmniej kilka lat. Niemniej, pominięcie owego
      niezbędnego okresu przygotowania skutkuje nieprzemyślanym akcesem do
      pierwszej lepszej inicjatywy, jaka przykuje uwagę człowieka i w
      rezultacie zaangażowaniem na dłuższy czas jego zdolności, wysiłku czy
      nawet majątku w sprawy zazwyczaj nieistotne, byle tylko „coś robić”,
      nie stać z założonymi rękami. Aż do momentu, kiedy nadchodzi
      otrzeźwienie: konstatacja bezowocności i bezprzedmiotowości własnych
      działań, zawód, żal do całego świata, poczucie oszukania lub
      zmarnotrawienia czasu, sił, pracy, pieniędzy, grożące trwałym
      zniechęceniem się do aktywności w ogóle.

      W innych przypadkach źródłem zła okazuje się opacznie pojmowany
      „realizm polityczny”: przeświadczenie, że wyłącznie podmioty
      współtworzące system (proreżimowe, kartelowe, parlamentarne) potrafią
      wywołać w nim zmiany – połączone z chęcią instrumentalnego
      wykorzystania tych podmiotów w służbie dobrej idei. Wbrew pozorom taki
      „realizm” to w najlepszym wypadku naiwność: chęć uczestnictwa w
      tym, co się dzieje, płynąca z iluzji, że już samo współuczestnictwo
      gwarantuje wpływ, współdecydowanie. Droga do klęski zaczyna się od
      konstatacji – w założeniu „makiawelicznej” (co budzić może
      jedynie uśmiech politowania) – że by móc choć w najmniejszym stopniu
      wpłynąć na los państwa, trzeba, choćby i z niechęcią, przeniknąć
      do jednego ze stronnictw politycznych realnie partycypujących w
      wewnątrz-systemowym podziale łupów (takich, jak pieniądze z budżetu
      zabrane podatnikom, stanowiska w instytucjach państwowych, płatne etaty
      pozwalające zapewnić utrzymanie własnym poplecznikom, gwarantowana
      obecność w mediach). Domorosły „makiawelizm” wyraża się w chęci
      zaplanowanej penetracji danego stronnictwa i opanowania go od środka
      bądź to przez zdominowanie go intelektualnie (podsunięcie wartościowych
      idei zbieraninie bezideowych prymitywów, jaką z reguły tworzy
      demokratyczna partia, inspirowanie jej linii politycznej, doradzanie jej
      liderom), bądź poprzez zdobycie i utrwalenie dla siebie na tyle mocnej
      pozycji w wewnętrznym aparacie partyjnym, by współdecydować o
      bieżących posunięcia stronnictwa. Z czasem okazuje się (co łatwe do
      przewidzenia), że by móc realizować tą drogą założone cele ideowe,
      trzeba przede wszystkim utrzymać się wewnątrz systemu (kartelu), co w
      praktyce staje się celem najważniejszym, który wyprzedza realizację
      celów ideowych (ponieważ jakoby ją warunkuje). By móc utrzymać się
      wewnątrz systemu, trzeba zaś przede wszystkim utrzymać swoją pozycję w
      aparacie kartelowej partii. W rezultacie naiwny „realista” zawsze daje
      się złapać w pułapkę cynicznych bossów bezideowej partii i musi na
      ich polecenie spełniać publicznie wszystkie ośmieszające go i sprzeczne
      z jego pierwotną tożsamością ideową medialne błazeństwa, jeśli za
      odmowę zagrożą mu usunięciem ze stronnictwa lub degradacją w jego
      ramach, a tym samym odsunięciem od czasu antenowego, biur poselskich,
      ochłapów z budżetowych dotacji na działalność partyjną i wszelkich
      innych systemowych instrumentów, jakich ów obiecywał sobie użyć
      podstępnie dla dobrej sprawy. No, chyba, że „realista” zdąży sam
      przedzierzgnąć się w jednego z owych cynicznych, bezideowych
      aparatczyków. W przeciwnym wypadku czeka go niechybnie los listka
      figowego, narzędzia w rękach partyjnych macherów, używanego czasem do
      kreowania „ideowego”, „intelektualnego” czy „inteligenckiego”
      wizerunku stronnictwa dla wywarcia odpowiedniego wrażenia na motłochu
      wyborczym – narzędzia, które jednak samo nie ma na nic wpływu.

      Zdarzają się wreszcie przypadki jawnie interesownego wejścia w
      bieżące układy międzypartyjne dla uzyskania korzyści materialnych –
      środków finansowych lub posad, z tym zastrzeżeniem, że mają one
      służyć nie prywatnej osobie, a całemu jej środowisku: wyciągnięciu
      pieniędzy (pod mniej lub bardziej naciąganymi pozorami) na sfinansowanie
      jego działalności lub utrzymanie jego działaczy. Taką pokusę należy
      pryncypialnie odrzucić jako obciążoną bardzo wysokim ryzykiem
      ulegnięcia korupcji bądź materialnemu szantażowi. Przyjmując (albo
      przejmując, jeśli ktoś woli) regularnie pieniądze od kartelowych
      instytucji, środowisko uzależnia się strukturalnie od tych ostatnich: w
      odpowiednim momencie zagrożą mu wstrzymaniem dalszych dotacji – co
      wtedy będzie już dla niego oznaczać kres działalności – jeżeli nie
      przyjmie narzucanej mu odgórnie linii. W ten sposób zostanie
      przeciągnięte na pozycje proreżimowe. Lepszym rozwiązaniem wydaje się
      raczej rozpoczęcia mozolnej, wieloletniej budowy własnej bazy
      instytucjonalnej, niezależnej od kartelu, niż próby przylepienia się do
      instytucji kartelowych, które szybko spacyfikują naiwnych „realistów
      politycznych”, przerabiając ich na swój obraz i podobieństwo.

      Chcąc zapewnić sobie jakąkolwiek, choćby minimalną, szansę na
      naruszenie status quo, prawicowcy muszą na wstępie uwolnić się od
      myślowych nawyków wpisujących ich w mechanikę systemu, przestać
      przywiązywać wagę do „aktualnych tematów”, jakimi obstrzeliwują
      ich gazety i telewizja, wmawiając im, że oto rozgrywają się bardzo
      ważne sprawy, w których koniecznie trzeba być z minuty na minutę
      zorientowanym (jako pierwszą z brzegu ilustrację wskazać można sprawę
      „krzyża św. Kaczyńskiego”, wzorcowy wręcz przykład fikcyjnego
      sporu o nic, za którego pomocą wprawiono w absurdalne podniecenie tzw.
      „całą Polskę”). Treścią „aktualnych tematów” pozostają
      bieżące bzdury, o jakich za parę lat (a nawet miesięcy) nikt już nie
      będzie pamiętał. Tymczasem w rzeczywistości „Aktualność jest
      określeniem tego, co najmniej istotne.”, jak powiada Nicolás Gómez
      Dávila (1913-1994). Pogoń za prasowo-telewizyjnymi „aktualnościami”
      oblepia umysł – oślepia to platońskie „boskie oko”, zakrywa je
      bielmem, pozbawia przenikliwości widzenia, przesłania świat tym, co
      powierzchowne. Ludzie, którzy zanurzają swe władze poznawcze w takiej
      papce informacyjnej, stają się niezdolni identyfikować, śledzić i
      analizować procesy i sekwencje wydarzeń, jakie determinują los ich
      narodu w perspektywie co najmniej kilkunastu lat, jednego lub dwóch
      pokoleń, a nawet w perspektywie sekularnej lub multisekularnej (dłuższej
      niż jedno stulecie). Sprzyja temu, rzecz jasna, demokracja – ustrój,
      gdzie z zasady za najważniejsze uważa się ulotne błahostki, a horyzont
      myślowy członków klasy politycznej nie przekracza jednej kadencji
      parlamentarnej. To cecha charakterystyczne demokracji, nie występująca w
      państwach monarchicznych, autorytarnych ani dyktatorskich: „Dla
      demokracji polityka międzynarodowa jest jednak czymś trudnym i
      niezręcznym. Dyktatura kieruje się w swym postępowaniu niezmienną wolą
      i wykonuje dalekosiężne, strategiczne gesty. Bismarck obdarzony był
      intuicją i geniuszem, lecz bez dyktatury nie stworzyłby niemieckiego
      państwa narodowego. Lokatorzy Kremla byli anonimowi, nieprzeniknieni i
      przypuszczalnie niezbyt inteligentni, ale oni również, przez lata uparcie
      realizując jedną politykę, stale przybliżali się do swego wymarzonego
      ideału imperium, choć przy okazji sprowadzili na naród rosyjski rozkład
      społeczny i gospodarczą katastrofę. Pochodzący z wyboru rząd – chyba
      że kierowany w nieprzeciętnym stylu – wykonuje gesty skierowane
      wyłącznie ku chwili obecnej.” – konstatuje prof. Roger Scruton (ur.
      1944).* Aby zedrzeć z oczu zasłonę i zacząć dostrzegać mechanizmy
      rządzące rzeczywistością, trzeba przestać wreszcie myśleć na sposób
      demokratyczny.

      Od czego tedy powinni zacząć zmianę status quo ludzie rodzimej
      Prawicy? Od siebie. Nie marnować więcej czasu. Przestać głosować w
      demokratycznych wyborach i nie kandydować w nich. Nie próbować ustalać,
      czym się różni jedna demokratyczna partia od innej, skoro nie różni
      się niczym. Nie wstępować do stronnictw politycznych i nie zasilać ich
      płaconymi przez siebie składkami. Nie zbierać dla nich podpisów ani nie
      biegać z ich ulotkami. Nie dawać się wciągać w agitację wyborczą, bo
      to śmieszne. Nie podniecać się czymś, co aparatczyk jednej partii
      powiedział w telewizorze o aparatczyku drugiej partii przez cały
      tydzień, dopóki ktoś inny nie powie czegoś innego o kimś innym. Nie
      komentować międzypartyjnych przepychanek w błocie ani nie kibicować
      żadnemu z ich uczestników. Werbalnych prawicowców, którzy nawołują do
      angażowania się w bieżączkę (pipi-prawicowców), konfabulując o jego
      pożyteczności bądź nieuchronności, postrzegać zaś jako zdrajców i
      odprawiać słowami, jakimi prawosławny teolog o. Gieorgij Fłorowski
      (1893-1979) zwrócił się do rosyjskich eurazjatów: „Charakteryzujecie
      się duchem niecierpliwości, ciągnie was ku politycznym intrygom, a mnie
      to mierzi.”

      Owszem, prawicowcy powinni angażować się w politykę, ale najpierw
      muszą sobie przyswoić właściwe pojęcie polityki – czyli odrzucić
      współcześnie mu nadawany, wypaczony sens, sprowadzający politykę do
      rywalizacji małych, świńskich interesików poszczególnych grup,
      podejmowanej w celu wyrolowania grup konkurencyjnych i przeforsowania
      własnych interesików przeciw ich interesikom. „Czy to ignorancja, czy
      też dekadencja tych uczuć, które Polskę odrodziły? Czy to
      wyjałowienie, czy też wyrzeczenie się dalszego bojowania o trwałość i
      potęgę Państwa leży u podstaw tej swoistej demobilizacji? Odpowiedzmy
      sobie szczerze w imię dobra naszego i honoru, bez obrażania się i
      żalów, że wszystkiego po trosze jest w tym deklasowaniu się rycerza na
      kupca, w tym przekuwaniu mieczy nie na pługi, ale na wagi kupieckie, w tym
      ustępowaniu uczuć pierś rwących na rzecz pustki, do której sprowadza
      się nowy lokator, wszechwładny Interesik.” – pisał w 1934 r.
      myśliciel geopolityczny Włodzimierz Bączkowski (1905-2000). Ludzie
      Prawicy muszą odpomnieć klasyczne, uniwersalistyczne pojęcie polityki
      jako rozumnej służby człowieka czemuś większemu i bardziej trwałemu
      od niego samego – dobru wspólnoty, nie zaś jako partyjnictwa i służby
      interesikom – i przygotowywać się do przyszłego uczestnictwa w takiej
      właśnie polityce.

      Jeśli nie partyjnictwo, tak ulubione przez ludzi przekonanych, że
      wiedzą coś o polityce – to co? Aktywność Prawicy powinna podzielić
      się na dwa etapy – wstępny oraz właściwy. W etapie wstępnym wskazane
      jest przede wszystkim (samo)kształcenie – gromadzenie przez jej
      członków fachowej i gruntownej (nie dyletanckiej i hobbystycznej) wiedzy
      z zakresu geopolityki, studiów strategicznych, sekuritologii, nauk
      politycznych, nauk wojskowych, w określonych obszarach również nauk
      prawnych. Poza tą ściśle naukową formacją intelektualną, prawicowcy
      powinni, już na własną rękę, przyswajać sobie solidny prawicowy
      fundament normatywny, poświęcając możliwie wiele czasu na prowadzone we
      własnym zakresie studia nad konserwatywną myślą polityczną, filozofią
      polityczną, historiozofią, teorią prawa, filozofią kultury, historią
      idei. Aby nie obrosnąć kurzem nad książkami i w salach wykładowych,
      powinni zarazem wstąpić w szeregi związków paramilitarnych i
      organizacji pro-obronnych, które dadzą im konkretne umiejętności i
      potrzebną formację psychiczną – czego nie można powiedzieć o
      niekończących się dyskusjach o bzdurnych „wydarzeniach”,
      prowadzonych na partyjnych nasiadówkach lub za pośrednictwem mediów. To
      droga ascetycznej pracy nad sobą, droga do przetworzenia siebie samych w
      nową elitę państwotwórczą.

      Z pozycji pipi-prawicowych z pewnością zostanie podniesiony zarzut,
      że postulowana tu droga pozostaje za trudna i nie realizowalna dla rzesz
      przeciętniaków, których mobilizację polityczną pipi-prawica uznaje za
      niezbędny warunek sukcesu. Nas jednak nie interesują standardy miernoty,
      a Prawicy nie wolno się do nich naginać. Potęgę budują i ratują
      państwa z upadku wyłącznie elity, nigdy masy przeciętnych ciepłych
      kluch. Mówiąc słowami krakowskiego konserwatysty Stanisława Koźmiana
      (1836-1922), „(…) gdy ludzie przekonań zachowawczych zwalniają się z
      własnej reguły, gdy poczynają niepotrzebnie robić ustępstwa w nadziei
      czy to pozyskania słabych i zmiennych, czy też nawrócenia kogokolwiek.
      Dziesięciu ludzi pewnych siebie może nierównie skuteczniej przeszkodzić
      złemu niż stu chwiejnych; i tych dziesięciu ostatecznie więcej zdolnych
      zrobić dobrego niż owych stu złego. W każdym razie takich choćby tylko
      dziesięciu potrzeba dla przechowania treści i nauki szkoły, nauki,
      zdaniem moim krajowi niezbędnej, a koniecznej dla ciągłości zdrowej
      polityki.” W etapie właściwym aktywność prawicowców musi znaleźć
      wyraz w budowie i rozwoju zrzeszających prawicową elitę centrów myśli,
      analiz, planowania, szkolenia, pracy koncepcyjnej (ideotwórczej),
      wspierających państwo, a nie uwikłanych w dyskursy demokracji,
      liberalizmu, „praw człowieka” i całej reszty współczesnego balastu
      ideologicznego, który to państwo osłabia wewnętrznie. Z drugiej strony,
      ludzie Prawicy, zamiast marnować się w bieżączce lub zamykać w życiu
      li tylko prywatnym, powinni wesprzeć proces odzyskiwania przez państwo
      siły bezpośrednio, wstępując do instytucji odpowiedzialnych za
      realizację jego funkcji rdzeniowych, takich, jak wojsko, policja, służby
      informacyjne, kontrola państwowa – wszelako wyłącznie pod warunkiem
      wcześniejszego wzorowego przygotowania merytorycznego. Jeżeli będą
      wytrwali w urzeczywistnianiu wskazanej tu drogi, a proces degradacji
      państwa nie zelżeje (na co nic nie wskazuje), nadejdzie dzień, gdy
      państwo bez wsparcia tego rodzaju elity nie będzie się już mogło
      obyć, choćby wbrew protestom wszystkich miernych, brzuchatych i głupich,
      choć cwanych, partyjnych demagogów.

      * Przeł. Tomasz Bieroń.

      Prawica,konserwatyzm,polityka,wybory,racja stanu,państwo,partie
      polityczne,Nicolas Gomez Davila,Roger Scruton,Gieorgij
      Fłorowski,Włodzimierz Bączkowski,Stanisław Koźmian”
   2.
      Romir powiedział/a
      2010-11-26 (piątek) @ 19:20:09

      ad. 1
      Bardzo mądry tekst, jeszcze go trzeba wprowadzić w życie.
   3.
      Jerzy Ulicki-Rek. powiedział/a
      2010-11-26 (piątek) @ 21:15:03

      „Roszczenia zydowskie splacone juz dawno. ”

      http://www.polskawalczaca.com/viewtopic.php?f=39&t=8370

      Jerzy
   4.
      MaxD powiedział/a
      2010-11-27 (sobota) @ 05:24:32

      @3. I co tu jeszcze dodawac?
      Chyba dla nie ‘wtajemniczonym’, bo SOBIE, tego robic nie musimy!!!
      Jesli zapytaja, sluzymy faktami.
      DD
      MD


WWW.WORDPRESS.COM